Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cóż ta?
A nic; zdychać przysed do ukrzywdzuny i nie zdycho. O bidno jo, bidno! — zaczęła płakać.
— Prowdo, prowdo, jemu do gnicio, a woma do życio — odpowiedzieli jednogłośnie, kiwając głowami.
— To ociec rodzuny tak robi?... — podjęła. — Tośma z ]antkiem nie zabiegali, nie charowali, jak te woły? Nie przedałam ani jednygo jojka, ani pukwaterka masła, ino mu podtykałam, te kapechne mlika tom ano dzieuse z pod gymby wydzirała, a dowałam jemu, bo przecie stary i ociec, a un Tumkowi zapisał wszyćko! Pietnaście morgów, chałupa, krowy, prosiaki, cielok, a wozy, a statki, to nic! O jo niescęśliwa! już nima sprawiedliwości na świecie, nimo, o! o!
Oparła się o ścianę i płakała głośno.
— Nie płacta kumo, nie płacta. Pan Bóg miłosierny, ale i przebierny, jesce wam wynagrodzi — powiedziała jedna z bab.
— Głupioś, nie scekałabyś po próżnicy. Co krzywda, to krzywda. Starymu się zamrze, a bida ostanie — odpowiedział mąż.
— Trudno wołu wodzić, kiej nie chce chodzić! dorzucił inny sentencjonalnie.
— I!... jak się kto przyłoży, to mu w piekle niezgorzy! — szepnął któryś, strzykając śliną przez zęby.
Milczenie zaległo gromadkę. Wiatr targał zamkniętemi drzwiami i przez szczeliny sypał śnieg do sieni. Chłopi z odkrytemi głowami, zamyśleni, stali, potupując z zimna. Baby, zbite w kupkę, z rękoma pod zapaskami, spoglądały cierpliwie na drzwi do