Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z jękiem chwytała się za głowę w rozpaczliwej bezsilności.
— Pietnaście morgów, śwynioki, troje bydła, statki, smaty, tak na pół, ani chybi, ze sześć tysięcy! Loboga!
I jakby podrażniona jeszcze więcej przypomnieniem takiej wielkiej sumy, szorowała, aż huczało, a potem z hałasem ustawiała miski na policy.
— Ażebyście! ażebyście! — i myślała dalej głośno: — Kuraki, gęsi, cielaki, tyle dobra, tyle dobra! i to wszyćko zapisał ty lakudrze! Ażeby cie marnotki, ażeby cie roboki roztoczyły gdzie pod płotem za moje ukrzywdzynie, za moje siroctwo!
Przyskoczyła do łóżka w pasji cała i z krzykiem ogromnym.
— Wstać! — a widząc, że chory się nie porusza, nuż nad nim pięściami wytrząsać i wygadywać:
— Zdychać, tośta do mnie przyśli, może woma pochówek mam zrobić? nową sukmanę kupić? a juści! Niedoczekanie wase, będzieta brać. Kiej Julina tako dobro, to wynośta się du ni. Cy to ja warna miałam wycug dać? Una lepsa, kiejśta...
Nie skończyła, bo dzwonek zadźwięczał, i ksiądz wszedł z sakramentami.
Antkowa skłoniła mu się do nóg, ocierając załzawione złością oczy, i naszykowawszy na wyszczerbionym talerzu święconą wodę i kropidło, wyszła do sieni, gdzie już kilkoro łudzi stało, przyszedłszy za księdzem.
— Pochwalony.
— Na wieki.