Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


izby, skąd od czasu do czasu dolatywał głos księdza, lub cichy, chrapliwy chrzęst chorego.
Wreszcie ksiądz zadzwonił — weszli, tłocząc się. Chory leżał wznak, z głową wciśniętą w poduszkę; z pod rozpiętej koszuli żółciły się piersi, obrośnięte siwym włosem. Ksiądz pochylił się nad nim i na wysunięty język kładł komunikant. Poklękali wszyscy, bijąc się ciężko w piersi, wznosząc oczy w górę, z głośnem sapaniem i westchnieniami. Kobiety nachylały się aż do ziemi, trzepiąc: »Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata«.
Pies, zaniepokojony ciągłem dzwonieniem, warczał w kącie.
Nareszcie ksiądz skończył ceremonię namaszczenia i przywołał córkę.
— Gdzie wasz, Antoniewa?
— A gdzieżby ta był, ojce duchowny, jak nie na wyrobku.
Ksiądz postał, pomedytował, popatrzył się na zebranych, otulił się szczelnie wytwornem futrem, ale nic mu na język nie przyszło, więc kiwnąwszy tylko głową na pożegnanie, wyszedł, wysuwając białą, delikatną, prawdziwie kastową rękę — do całowania chylącej się do kolan gromadzie.
Rozeszli się też zaraz wszyscy. Krótki dzień grudniowy już miał się ku schyłkowi. Wiatr ustawał, natomiast śnieg grubemi płatami opadał.
W chałupie robiło się szaro. Antkowa siedziała przed kominem, machinalnie obłamując gałęzie i podrzucając je na ogień...