Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

ród mocen darować wam przewiny! — przyklęknął pobok, a za nim zrobili toż samo wszyscy z westchnieniami a żegnaniem.
Gajdy zabełkotały coś niewyraźnie, rozglądając się na strony.
— Wyraźnie mówta! Głośno! Pana Boga chcą oszukiwać! — zawrzeli na nich.
Stary Gajda, jakby mu dusza stajała ze strachu zaczął się trząść, buchnął płaczem i wśród ciężkich łkań wyznawał swoje grzechy.
Grobowe milczenie się rozsiało, nawet dech powstrzymywali, nawet kaszle ustały, że jeno ten głos płaczliwy brzmiał w ciemności, rozpływając się, kiejby strugą krwi, a górą huczał dzwon, i szumiały rozkolebane drzewa.
Zgroza padła na dusze, włosy powstawały, ludzie bili się w piersi z przerażenia, kajś niekajś jęk się rwał żałosny, jakiś strach okropny przejmował serca lodowatym ziąbem, bo Gajda, choć spędzając cięgiem winy na syna i strażnika, przyznawał się nie tylko do tego, co mu wypomnieli, ale i do wielu jeszcze gorszych rzeczy...
A gdy skończył, padł rozkrzyżowany i, bijąc łbem o próg, tak jęczał o zmiłowanie, jaże wiele zawtórowało mu płaczem, ale chłopi zawrzeszczeli:
— Kacper niech teraz wyznaje! Kacper! Prędzej, zbóju! A nuże! — i jęli go macać kijami po bokach a kopać, że uniósł się rozwścieklony:
— Samiśta zbóje! Niewinowatych mordować chceta! Samiśta złodzieje i zdrajce... Wszarze! Ścierwy!