Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

ściołem, rozwścieklony krzyk miotał się i huczał ponuro, jak ten dzwon, bijący nieustannie.
— Księdza trzeba przed śmiercią! Księdza! — zakrzyczał naraz młynarz.
Wstrzymali się. Ktoś poleciał po proboszcza.
— Albo i do jutra poczekajmy z pokaraniem — proponował młynarz.
Zakrzyczeli, trzaskając drągami:
— Skończyć z nimi! Nie potrzeba zbójom księdza! Niech zdychają, jak psy. Nie czekać! a to uciekną jeszcze i kozuniów sprowadzą! Zakatrupić!
Ale Gajdy, poczuwszy, skąd może przyjść ratunek, jęli błagać rozpaczliwie:
— Miłosierdzia, ludzie! Spowiadać się chcemy! Księdza dajcie... Księdza!...
Na ich nieszczęście księdza nie było w domu — wyjechał jeszcze na odwieczerzu.
— To niech się spowiadają przed całym narodem! — ktosik rzucił.
— Dobra! Tak! Niech się wyznają. Niech prawdę powiedzą — przytwierdzali.
Któryś rozciął im postronki na rękach i podniósł na kolana przed progiem.
— Otworzyć kościół! Spowiadać się będą! Otworzyć! — rwały się głosy gęste, ale Jędrzej zawołał:
— Nie potrzeba! Grzech wprowadzać do domu bożego takich zbójów, dosyć la nich, iż pozwalamy im na poświęcanem miejscu. Cicho tam! — krzyknął na babie mamroty i, przechylając się ku Gajdom, rzekł
— To się wyznajcie, a jeno szczerą prawdę! Na-