Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

A naostatku wspomnieli im Żydów pozabijanych, wypomnieli te panny wydane, i księdza zdradzonego, i podpalenia jakieś, i pijatyki ze strażnikami, i niechodzenie do kościoła; jakie kto wiedział grzechy, zbierał skwapnie, a walił z wściekłością na ich głowy skowyczące, że już straszny wrzask się uczynił, gdyż jeden przez drugiego krzyczeli, a każden pomstował i klął, każden się srożył i każden darł się do bicia, jaże Jędrzej, nie mogąc ich powstrzymać, wrzasnął rozgniewany:
— A zawrzyjcież pyski, bym swoje powiedział.
Jakoż przycichło ździebko, baby jeno po swojemu jazgotały swarliwie.
— Czy się przyznajecie? — zapytał, pochylając się nad nimi.
— Nie! Myśma nie winowaci! Nieprawdę mówią, przez złość! Przysięgniemy! — zakrzyczeli rozpaczliwie.
— Przyznajcie się, to mniejsza kara was spotka — namawiał łagodnie.
— Zabić psubratów! Kijami zatłuc! Zbóje są, złodzieje, zdrajce! Śmierć hyclom — zawrzeszczeli naraz wszyscy, podnosząc drągi i pięście, że Gajdy zawyły ze strachu, jęli się rzucać i, chwytając zębami za buty, to całując nogi, skamleli oszalonemi głosami o zmiłowanie.
Osłaniał ich jeszcze młynarz, Jędrzej i paru spokojniejszych, usiłując powstrzymać rozjuszonych, którzy parli się, kiej burza, krzycząc a kołami wymachując, zaś baby najzajadlej doskakiwały z pazurami.
Robiło się już strasznie, zakotłowało się pod ko-