Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sobie w zdumieniu, że jeno wznosiły się sapania i przydechy chrzypiące, aż pierwszy Jędrzej się ozwał:
— Takeśmy i miarkowali, jeno pewności nie było. Ale teraz wiemy już, co nam potrza. Wiemy, psiachmać! A, zbóje piekielne — gruchnął pięścią w stół. — Trza chwasty wyrwać z korzeniami, by się nie rozpleniły. Oba Gajdy! ociec ze synaczkiem, a na trzeciego Starszy? Ano, to w imię boże pójdziemy do nich, a wy, panie młynarzu, z nami, byście im z prawdą stanęli do oczów...
— A pójdę i rzeknę! Jakby mi kamień spadł z piersi. A stanę i powiem, jako są zbóje i złodzieje.
Boże, wiedziałem, co wyprawiają, a bałem się pisnąć słówka. Ażeby was kołem łamali za mój grzech, toć w oczy wstydziłem się ludziom patrzeć, jak wyrzekali za złodziejstwa... Szelmy, konie mi wyprowadzili, okup dałem przez Starszego... nie oddali... A potem zdybałem ich w komorze... wyłuskali mnie co do grosza... nożem zagrozili... jeszcze musiałem przysięgać, że ich nie wydam! O zbóje!
— Cała okolica cierpiała przez nich.
— Wiela to koni wzięli ludziom, wiela krów, wiela dobra!
— Mogli wszystko, bo Starszy patrzał przez palce i dzielił się...
— Balowali se naszym kosztem, niechże teraz zapłacą...
— Kiej wszyscy mówią, to i ja rzeknę — wyrwał się któryś — oto wiem, że księdza, za te śluby, co je dawał Podlasiakom, Gajdy wydały naczelnikowi...