Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kiej wyznać nie chce, winien, i na sąd go bierzta, chłopy, pod kościół... Na sąd pójdą wszyscy, którzy naród krzywdzili, na sąd sprawiedliwy i na ciężką karę. Bierzta go, chłopy!
— Jezus, Marja! Ludzie!... — bełkotał w trwodze śmiertelnej, rozglądając się nieprzytomnie, gdyż chłopi ruszyli ławą ku niemu. — Ludzie... jakże to powiem?... Przysiągłem. Spalą mnie albo zabiją, jak wydam... Jezus miłosierny! Puśćcie mnie! Powiem wszystko! powiem! — — charczał, bo go już chyciło kilkanaście rąk wlekło do drzwi.
Długo nie mógł przemówić, zwalił się na stół i dyszał, otoczyli go, ktosik mu wody dał się napić, a drudzy mówili przyjaźnie:
— Nie bójcie się niczego, kto z narodem idzie, temu włos z głowy nie spadnie.
— Jeno całą prawdę wyznajcie.
— Wiedzielim, żeście poczciwy i zbójów nazwiecie.
Młynarz wił się w sobie, kiej ten piskorz przydeptany, ognie go przejmowały i mrozy lute, bladł bowiem i czerwieniał naprzemian, naraz wyprostował się, gotowy już na wszystko, ale nim rzekł, zajrzał do sąsiedniej izby.
Jadwiś mignęła we drzwiach, jakby odskakując z podsłuchów, a potem wyjrzał oknem na świat i dopiero, stanąwszy przed gromadą, przeżegnał się i szepnął:
— Jak na świętej spowiedzi mówię prawdę, że oba Gajdy i Starszy.
Cichość padła, stanęli, kiej wryci, przezierając po