Przejdź do zawartości

Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

 Kieby piorun pobok trzasnął, zerwał się tak gwałtownie, jaże ławka rymnęła na podłogę.
 — Jezus, Marja! Ja w spółce ze złodziejami! Mnie to powiadacie!
 — Rzekłem i jeszcze przywtórzę!
 — I my przywtórzym to samo! — huknęli społem, i wszystkie ręce groźnie wychlusnęły ku niemu, a srogie twarze pochyliły się, kiej te ostre, sępie dzioby, gotowe do darcia.
 Ale na hałas wpadła Jadwiś i stanęła, jak wryta.
 — Co się tu wyprawia? — pytała zalękniona.
 Opadły pięści, zaczęli chrząkać, a ktosik powiedział gniewnie:
 — Nic tu po babach, podsłucha i z ozorem poleci.
 — Niech sobie idzie, skąd przyszła.
 — Gęsi macać, a nie w chłopskie sprawy nos wtykać! — wrzeli coraz głośniej, że Jadwiś srodze rozgniewana, wybiegła, trzasnąwszy drzwiami.
 Zaś Jędrzej, wytrząchając ręką, znowu rzekł:
 — To mówię wam, młynarzu, co przyszła już pora sądzić i karać!
 — I robić porządek na świecie!
 — I złe wypleniać, a zaprowadzać sprawiedliwość — padały groźne, ciężkie słowa, i zaciśnięte pięści trzęsły się przed jego twarzą posiniałą.

 — Bójcie się Boga! Ludzie, czego wy chcecie? Cóżem to winien? — jąkał wystraszony, obzierając się na wszystkie strony, ale Jędrzej, nie bacząc na niego, jął mówić prędko, cicho i tak twardo, jaże mróz przechodził: