Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Cie... księdza nawet zdradzili...
— To i panny z poczty, co dzieci nauczały, też oni wydać musieli?
— A oni! oni! wiadomo — przytwierdzał młynarz zajadle.
To i tych Żydów w lesie nie kto inszy oporządził.
A juści, że Gajdy! A oni!... Ścierwy! Zdrajce! Zbóje! — jęli wymyślać, kląć, tupać, a trzaskać kijami, gniew srożył się w sercach i ponosił, ślepie gorzały, a zaciśnięte pięści trzęsły się nad głowami.
— Skończyć z niemi! pokarać psubratów! Na sąd ich! na sąd...
— To chodźmy prędzej, by nam nie uciekli — wołał Jędrzej.
— Pasy drzeć z takich.
— I kołami, jak psów wściekłych, zakatrupić! — pokrzykiwali, tłocząc się we drzwiach.
Młynarz zgasił światło i poszedł z drugimi.
A skoro się jeno wysypali przed dom, Jadwiś wybiegła przyczajona pod ścianą, patrzyła wylękłe, kaj się to wleką w taką noc i poco?
Bo noc była prawdziwie marcowa, zimna, wietrzna i mokra. Skołtunione ciemnice oblatały cały świat, deszcz ze śniegiem zacinał w twarze, aż dech zapierało, wiater przewalał się po sadach i podwiewał ze wszystkich stron, a z pół przemiękłych, kaj się jeno z czarniawy bieliły grzbiety zagonów ośnieżonych, ciągnął wilgotny zamróz i przejmował ziąbem do szpiku, ale chłopi nie bacząc na porę przygniłą, szli ostro i mocno, jaże się błoto roztwierało pod nogami.