Strona:Władysław Stanisław Reymont - Lili.djvu/148

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    142
    WŁ. ST. REYMONT

    tam moje malunki na podłodze.
    Zakrzewski obszedł wielkie płótno, pozszywane z prześcieradeł, rozciągnięte na podłodze, na którem Korniszon malował t. zw. »wolną okolicę«, i powrócił do pieca.
    — Wiesz, Korniszon, bałbym się tutaj mieszkać
    — I!... Jak się człek przyłoży, to mu i w piekle niezgorzej. Nie kosztuje ta ubikacya ani grosza, a swoboda jest: choćby strzelaj, nikt nie usłyszy. A przytem opał nie jest drogi... i stróżowi co wieczór dychy płacić nie potrzeba. A z tymi, to się już poznałem! — zawołał ze śmiechem, wskazując freski. — Zlatują mi ciągle na kołdrę, łuszczą się sieroty z zimna. A czasem to sobie