Strona:Władysław Stanisław Reymont - Krosnowa i świat.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
Oto sam przyznasz usty wlasnemi,

Że to był anioł-stróż twój na ziemi,
Lecz choć go szukać będziesz po świecie —

Nie znajdziesz...

Głos jej się załamał gwałtownie. Ostatnie słowo zabrzmiało jak zgrzyt — zdławione.
Łódź się szarpnęła, uderzając z całym rozpędem o wystający, kończasty pień ledwie widoczny, odbiła się wstecz i opadła na wodę.
Śpiewająca podała się w tym szalonym rzucie naprzód, potem całą postacią runęła włtył, padając nawznak, uderzając głową o pień...
— Ach! — wydarł się krzyk z piersi mężczyzny, który upadł na dno łodzi. Mignęły mu jej nogi i suknia, zakreślając łuk w powietrzu. Bryzgi rozpierzchłej wody zalały mu twarz i, nim się zerwał, nim zdołał ją porwać!... Wbiła się tyłem głowy na ostre, wyszlifowane prądem drzazgi rozszczepionego pnia i tak pozostała... Porwał ją w ramiona... Popłynął strumień gorącej