Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Moiściewy! ale ich sam Boryna złapał w brogu i tyle co rozegnał, a tu ogień zaraz buchnął. Miarkowałam wczoraj u Kłębów, że coś będzie, skoro razem się wynieśli.
— Pono już dawno stróżował za nimi.
— Jakże! powiadał mój chłopak, że wczoraj cały czas chodził po drodze przed Kłębową chałupą i miał ich na oku — prawiła pod nosem Kobusowa.
— To też widno, co bez złość Antek podpalił.
— Abo się to nie odgrażał?
— Cała wieś o tem wiedziała.
— Musiało się na tem skończyć, musiało! — dogadywała Kozłowa.
A w drugiej grupie starszych gospodyń szeptano również różności, jeno tyle, że ciszej i ważniej.
— Stary pono tak zbił Jagnę, że leży chora u matki... wiecie to?
— Jakże! zaraz dodnia, powiadali, wygnał ją, skrzynkę za nią wyrzucił i wszystkie szmaty — dorzuciła milcząca dotąd Balcerkowa.
— Nie powiadajcie byle czego, byłam dopiero co w chałupie, skrzynka stoi na swojem miejscu — objaśniała Płoszkowa.
— Ale już na weselu przepowiadałam, że się tak skończy — podjęła głośniej.
— Co się dzieje, mój Jezus! co się dzieje! — jęknęła Sochowa, chwytając się za głowę.
— Ano co, do kreminału go wezmą i tyla!
— Sprawiedliwie mu się to należy: cała wieś mogła pogorzeć!