Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A tom już spała w najlepsze, a tu Łuka, co latał z niedźwiednikami, bębni w okno i krzyczy: „Gore!“ Jezus Marja! w oknach czerwono, jakoby kto zarzewiem szyby obwalił, to mi już ze strachu całkiem moc odjeno... a tu dzwon bije... ludzie krzyczą... — opowiadała Płoszkowa.
— Skoro jeno powiedzieli, że Boryna się pali, zaraz mnie tknęło, że to Antkowa sprawa — przerwała jej któraś.
— Cichocie, powiedacie, jakbyście na oczy widzieli.
— Widzieć nie widziałam, ale skoro wszystkie powiadają...
— Jeszcze w zapusty bąkała o tem tu i ówdzie Jagustynka...
— Ani chybi, wezmą go w dybki i posadzą w kreminale.
— Co mu ta zrobią? widział to kto? są na to świadki, co? — zauważyła Balcerkowa, że to procesownica była sielna i na prawie się znała.
— A nie złapał go to stary?..
— Złapał, ale na czem innem, a choćby i widział podpalenie, świadczyć nie może, bo ociec i w złości z sobą żyli.
— Sądów to sprawa, nie nasza, ale kto winowaty przed Bogiem i ludźmi, jeśli nie ta suka, Jagna? co? — podniosła znowu surowy głos Balcerkowa.
— Prawda! Juści! takie zbereżeństwo, taki grzech! — szeptały ciszej, zbiły się w kupę i zaczęły jedna przez drugą wypominać jej grzechy.