Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pogrzebta-no chłopaki, może najdzieta tam jeszcze jakie portki!..
— Hale! wyniósł je całe, tyle, że mógł zgubić na drodze.
— Dzieuchy już szukały, ktosik je uprzedził.
— By Hance odnieść — gadały, wybuchając śmiechem.
— Cichota, pyskacze, ale! na zabawę się zebrały i zęby będą szczerzyć z cudzego nieszczęścia! — krzyknął rozgniewany sołtys. — Do domu, baby! czego tu stoita? Jużeśta dosyć namełły ozorami — i rzucił się, by rozganiać.
— Zasie wam do nas! pilnujcie swojego, kiejście na to ustanowieni! — krzyknęła Kozłowa tak mocno, że sołtys tylko popatrzył na nią, splunął i poszedł w podwórze, a nikt się nawet nie ruszył z miejsca, baby zaś jęły sobie trepami podsuwać zapaskę, oglądać, a coś cicho i ze zgrozą opowiadać.
— Taką trzeba ze wsi wyświecić ożogiem, kiej czarownicę! — rzekła na głos Kobusowa.
— A przecie! bez nią to wszystko! bez nią! — przygadywała Sikorzyna.
— Juścić, ale Pan Jezus strzegł, że cała wieś nie poszła z dymem! — szepnęła Sochowa.
— Bo i prawda, że cud, prawdziwy cud!
— Wiatru też nie było i wczas spostrzegli.
— A ktosik w dzwon uderzył, bo wieś była w pierwszym śpiku.
— Pono to niedźwiedniki szły z karczmy i pierwsze zobaczyły.