Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chali oślepiającym hymnem uniesienia, modlitewną pieśnią ziemi całej, nieśmiertelnym krzykiem istnienia.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Jaguś! — szepnął zdumionym głosem, jakby spostrzegając ją przy sobie.
— Dyć to ja! — odparła jakoś łzawo i cicho.
Znaleźli się na dróżce, biegnącej wzdłuż wsi, za stodołami, ale już po Borynowej stronie.
Naraz Jagna zaczęła płakać.
— Co ci to?
— Abo to wiem?.. a tak mię cosik sparło, że się same łzy leją.
Zafrasował się wielce, przysiedli pod jakąś stodołą na wystających węgłach, przygarnął ją mocno i otoczył ramionami, że kieby dzieciątko przywarła mu do piersi, zapatrzyła się gdziesik w siebie, a łzy skapywały jej z oczu, jak ta rosa z kwiatów; obcierał je dłonią, to rękawem, ale wciąż płynęły...
— Boisz się?..
— Zaśby czego! jeno taka cichość we mnie rośnie, kieby śmierć przy mnie stojała, a tak mnie cosik podrywa, tak podnosi, że tego niebabym się uwiesiła i z temi chmurami poniesła w świat.
Nie odrzekł, zamilkli oboje, przymroczało w nich nagle, jakiś cień padł na duszę i zmącił jasne tonie i przeniknął dziwnie bolesną tęskliwością, że jeszcze barzej rwali się do siebie, barzej szukali w sobie ostoi jakiejś, barzej przepierali przez się w jakiś upragniony świat...