Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/276

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wiatr zawiał, drzewa zakołysały się trwożnie, osypując ich mokrym śniegiem; chmury skłębione, ciężkie zaczęły się nagle rozpadać i uciekać w różne strony, a cichy, rozedrgany jęk powiał po śniegach.
— Trza bieżyć do dom, późno już — szepnęła, unosząc się nieco.
— Nie bój się, jeszcze spać nie śpią, słychać głosy na drodze, pewnikiem rozchodzą się od Kłębów.
— Cebratki zostawiłam przy dojeniu, jeszcze se kulasy krowy połamią.
Ucichli, bo jakieś głosy rozległy się bliżej i przeszły; ale gdzieś zboku, jakby na tej samej dróżce, zaskrzypiał śnieg i jakiś cień wysoki zamajaczył tak wyraźnie, że zerwali się na równe nogi.
— Ktosik tam jest... przyczaił się jeno pod płotem.
— Uwidziało ci się... czasem za chmurą takie cienie idą.
Długo nadsłuchiwali, rozpatrując ciemności.
— Chodźmy do broga, tam będzie ciszej! — szepnął gorąco.
Oglądali się trwożnie co chwilę, przystając z zapartym tchem i nasłuchując, ale cicho było naokół i martwo; podeszli więc chyłkiem, ostrożnie do brogu i wsunęli się w głęboki otwór, czerniejący tuż nad ziemią.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pociemniało znowu na świecie, chmury się zwarły w gąszcz nieprzeniknioną, blade światłości pogasły, noc jakby przymknęła powieki i zapadła w głęboki