Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


podniebnego lotu, że, ni wiedząc, wybuchali namiętnym, nieprzytomnym zgoła śpiewem...
Kołysali się w takt głosów, co zdały się bić tęczowemi skrzydłami i gwiezdnym, rozpalonym wytryskiem dźwięków rozsypywały się w noc zmartwiałą i pustą.
Nie wiedzieli już nic, szli przywarci do się, a bezwolni, zgubieni w sobie a niepamiętliwi, pijani jeno tą nadludzką mocą czucia, co ich niesła w nadświaty i rwała się pieśnią bezładną, splątaną, bez słów prawie.
...Pieśń dzika i wzburzona płynęła rwącym potokiem z serc wezbranych i biła we świat wszystek zwycięskim krzykiem miłości...
...i jako krzew ognisty płonęła w chaosie mroków i nocnego mętu...
...to była chwilami jakby ciężkim, druzgocącym warkotem wód, zrywających lodowe okowy...
...ledwie dosłyszalnym, brzękliwym a słodkim poszumem dzwoniła, niby fala zbóż, kołyszących się w słońcu...
...pękały złote łańcuchy brzemień, rozsypywały się na wiatr i, ordzawiałe, wlekły się ciężko po zagonach, że były jeno krzykami nocy, czasem szlochem bezsilnym, wołaniem sierocem, głosem zaguby i lęku...
...i w grobowej cichości umierały.
Ale po chwili, jak ptaki wystraszone, zrywały się ku słońcu szalonym lotem, serca nabrzmiewały taka potęgą lotu i zagubienia się we wszystkiem, że wybu-