Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wsze miał pełne, gotowy grosz w skrzyni, dzieci zdrowe i kobietę poczciwą; bo dobry był człowiek, mądry, wyrozumiały, pokornego serca i sprawiedliwy dla wszystkiego stworzenia.
Przewodził gromadzie kiej ojciec, opiekował się biednemi, sprawiedliwości bronił, podatkami nie uciskał, a poczciwości we wszystkiem przestrzegał pilnie i pierwszy był zawdy do pomocy bliźniemu i poratunku.
Żył też sobie cicho, spokojnie i szczęśliwie, jak u Pana Boga za piecem.
Aż razu pewnego król jął skrzykiwać naród na wojnę przeciw poganom!
Zafrasował się wielce Jastrząb, bo żal mu było doma odbieżyć i ruszać na one boje srogie.
Ale króleski parobek u drzwi stojał i przynaglał!
Na wielką wojnę się miało: Turek ano sprośny w kraje polskie szedł, wsie palił, kościoły rabował, księży zarzynał, naród tępił lebo w postronkach pędził do swoich pogańskich krajów
Trza się było gotować i na obronę stawać. Zbawienie wieczne czeka tego, któren ochotnie kładzie głowę za swoich i wiarę świętą.
Zwołał tedy Jastrząb gromadę, wybrał co tęższych parobków, konie, wozy i wnet ruszyli rankiem jakoś, po mszy świętej!
A cała wieś odprowadziła ich z płaczem i lamentem aż pod figurę Częstochowskiej, która stojała przy drodze na rozstajach.
Wojował rok, wojował dwa, że wkońcu i słuch wszelki o nim zaginął.