Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


za szybą i przepadła tak prędko, że tylko jedna z dziewczyn krzyknęła zalękła, oczy przecierając zdumiona.
— Tam ktosik chodzi pod oknami! — zawołała.
— Słychać, jak śnieg skrzypi pod nogami.
— Jakby na ścianę się skrabał!
Zmartwieli wszyscy, nasłuchując, a bojąc ruszyć się z miejsca, opadli nagłą trwogą.
— Kto o czem baje, temu się staje! — szepnęła ze strachem któraś.
— O złem się powiadało, to może się wywołał i wypatruje, kogoby wziąć!
— Jezus Marja!
— Wyjrzyjcie no chłopaki, tam niema nikogo, psy pewnie baraszkują po śniegu.
— Hale, kiedym dobrze widziała za oknem, łeb kiej ceber i ślepie czerwone!
— Przywidziało ci się — zawołał Rocho i, że nikt nie chciał wyjrzeć, sam poszedł na dwór, by uspokoić wszystkich.
— Opowiem wam historję o Matce Boskiej, to wnet szczezną przewidzenia — zagadał, siadając na dawnem miejscu. Uspokoili się nieco, ale raz po raz ktoś podnosił oczy na okno i strachem utajonym dygotał.
— Dawno to już się działo, dawno przed wiekami, że jeno o tem w starych księgach stoi... We wsi jednej pod Krakowem żył kmieć, Kazimierz mu było na imię a na przezwisko Jastrząb; osiadły był zdawna, rodowy i bogacz, całe włóki obsiewał, las swój miał, chałupę kiej dwór i młynek nad strugą. Pan Jezus mu błogosławił, więdło się wszystko, brogi za-