Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A zajrzyj do mnie którego dnia, choćby jutro. Miarkuję, że musi być z wami krucho, ten łajdus przepija wszystko a ty pewnikiem mrzesz głodem z dziećmi.
— Wygnaliście nas, to gdziebym zaś śmiała przyjść...
— Głupiaś, jensza to rzecz, nie twoja, mówię ci, przyjdź, znajdzie się jeszcze i dla was.
Pocałowała go w rękę i odchodziła bez słowa; tak ją ułapiło rozrzewnienie za grdykę, że głosu nie mogła wydobyć.
— Przyjdziesz to? — zapytał za nią dziwnie miętko i ciepło.
— Przyjdę. Bóg wam zapłać, kiej przykazujecie, to przyjdę...
Popędził konie i zaraz skręcał przed karczmę, a Hanka, już nie czekając na ojca, któren akuratnie wysiadał z Bartkowych sani, poleciała do chałupy.
W izbie było ciemno i tak zimno, że gorzej się widziało, niźli na dworze, dzieci spały pokulone w łóżku pod pierzyną, zakrzątnęła się żwawo koło warzy i obrządków; a wciąż przemyśliwała o tem dziwnem spotkaniu z Boryną.
— Nie, żebyś skapiał, nie przyjdę, dałby mi Antek! — wykrzyknęła ze złością, ale równocześnie i inne, bardzo spokojne myśli przychodziły a z niemi i bunt srogi przeciwko mężowi.
Jakże, przez kogóż to wycierpiała najwięcej, jeśli nie przez niego!
Stary zapisał grunt tej świni i wygnał ich, prawda ale Antek go pierwszy pobił i zawsze szczekał na