Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niego, to się i ozeźlił... Miał prawo, każdyby to zrobił, grunt jego i dzieciński, ale póki żyje, jego wola dać lub nie. A jak to miętko powiedział: Przyjdź! o dzieci pytał, o wszystko! Juści, a i pół tej biedy i poniewierkiby nie było, gdyby się Antek nie sprzągł z tą suką, temu stary niewinowaty, nie.
Rozmyślała różnie i tłumaczyła, i coraz bardziej ustępował z niej gniew do starego.
Przywlókł się i Bylica, tak przemarzły i zmęczony srodze, że z dobrą godzinę rozgrzewał się przed kominem, nim zaczął opowiadać, jako już był całkiem ustał a możeby i zamroził się na śmierć pod drzewem, gdyby nie Boryna.
— Dojrzał mnie i chciał brać na sanie, ale gdym mu rzekł, iżeś przodem poszła, ostawił mnie Bartkowi a sam pognał konie, by cię dogonić...
— Tak było? Nic mi o tem nie powiedział.
— Kwardy on jeno zwierzchu, la niepoznaki.
Po kolacji, gdy dzieci nakarmione dosyta, poobtulane w pierzyny, znowu zasnęły, Hanka siadła przed ogniem do przędzenia resztek wełny organiścinej, a stary wygrzewał się wciąż, spoglądał nieśmiało, chrząkał, zbierał odwagę, aż wkońcu zaczął lękliwie:
— Zrób z nim zgodę, na Antka się nie oglądaj a ino siebie i dzieci miej na widoku.
— Łacno to powiedzieć.
— Kiedy on pierwszy przystąpił do ciebie z dobrem słowem, poniechał złości. Tam u niego w chałupie piekło... nie dziś, to jutro Jagnę wygoni i ostanie sam... Józka nie poredzi w tylem gospodarstwie, stary