Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


boleń, jeno w oczach niebieskich, wypłakanych tliło się ostre zarzewie czującej mocno duszy.
— Odmieniłaś się, widzę.
— Bieda łacniej przekuwa człowieka, niźli kowal żelazo.
Zdumiał się nad odpowiedzią, że nie wiedział, co na to rzec, więc zwrócił się do Jambroża mówić o sprawie ze dworem, którą, wbrew zapewnieniom wójta, przegrał i jeszcze koszty musiał zapłacić.
— Odbierę se, com stracił, odbierę... — mówił spokojnie.
— Trudno to będzie, dwór ma długie ręce i wszędzie poradzi się zastawić.
— I na zastawę jest sposób, na wszystko jest sposób, by ino cierpliwość mieć i poczekać na porę.
— Wasza prawda, Macieju, ale też ziąb, no, wartałoby do karczmy na rozgrzewkę wstąpić.
— Wstąpimy, ma być kwaśno, niech będzie kiej ocet. Ale powiedam wam, że ino kowal musi kuć żelazo, póki gorąc trzyma, człowiek, jeśli chce co wygrać, na zimno musi kuć dolę a w cierpliwości hartować.
Dojeżdżali do wsi, mrok się już był zrobił gęsty i wichura przechodziła, kurzyło jeszcze galanto po drodze, że domów nie rozpoznał, ale zwolna przycichało na świecie.
Nawprost dróżki do chałupy stary wstrzymał konie i, gdy wysiadła, pomagał jej wziąć brzemię na plecy, a wreszcie rzekł zcicha do niej tylko: