Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jagny nigdzie nie było. Przystanął pod okapem w cieniu nieco i czekał. Noc była ciemna, wiatr się zrywał zimny i szumiał, wielkie, ciężkie chmury gnały po niebie stadami, śnieg prószył chwilami.
Może w pacierz abo i dwa cień jakiś zamajaczył w przejściu od przełazu — stary się szybko wysunął, przyskoczył i szepnął ze wściekłością:
— Gdzieżeś to była, co?
Ale Jagna, choć się wystraszyła zrazu, odrzekła urągliwie:
— Obaczcie, łacno za wiatrem traficie! — i poszła do chałupy.
Nic już o tem w domu nie zaczynał, a gdy się szykowali do spania, powiedział dobrotliwie i całkiem miętko, nie podnosząc oczów na Jagnę:
— Chcesz to jutro bieżyć do Kłębów?
— Kiej nie bronicie, to z Józką pójdziemy.
— Chcesz, to cię nie wstrzymuję... ale do sądu pojadę, dom zostanie na boskiej opatrzności, lepiejbyś w chałupie ostała...
— A bo to nie wrócicie do zmroku?..
— Widzi mi się, że chyba dopiero późno w noc... na śnieg się ma, daleko, nie pośpieszę... ale kiej się napierasz, idź, nie wzbraniam...