Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wójt zaś, widząc, że nie poradzi, naostatku już, na przynętę powiedział:
Wiecie o tem, jako ja, młynarz i kowal, zrobiliśmy ugodę ze dworem, że sami we trzech zwozić będziemy drzewo na tartak, a potem deski do miasta.
— No juści, że wiem, dosyć się przecież napomstowali na was inni, że nikomu zarobić nie pozwalacie.
— Dużo ta o to stoję, co pyskują, szkoda na to czasu, to wam zaś chce powiedzieć, cośmy we trzech uredzili — słuchajcie jeno, co powiem.
Stary ino łysnął ślepiami i rozważał, jaki to będzie podstęp.
— Uradzilim przypuścić waju do spółki. Woźcie tyla, co i my! sprzężaj macie dobry, parobek się jeno wałkoni, a zarobek pewny, płacą od kubika. Nim się w polu roboty zaczną, zarobicie ze sto rubli.
— Kiedy zaczynacie zwózkę? — rzekł po długim namyśle.
— A choćby od jutra zaczynać! Tną już na bliższych porębach, drogi też niezgorsze, to póki sanna, siła można nawieźć, mój parobek wyjeżdża we czwartek.
— Psia krótka, żebym to wiedział, jak wypadnie ta moja sprawa o krowę.
— Przystańcie jeno do nas a dobrze wypadnie, już ja wójt to wama mówię...
Stary długo deliberował, spozierając pilnie na wójta, kredą se cosik na ławie pisał, po łbie skrobał, aż i rzekł:
— Dobrze, woził będę i sprzęgnę się z wami.