Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chłopaka do siebie, iż cięgiem łaził za nią — a trzymała w odwodzie, na ten przypadek.
Siedział ano teraz przy niej, w oczy poglądał i rozmyślał, coby tu rzec takiego, gdy wszedł wójt, bo się już był ze starym pogodził, a zaraz od proga zawołał:
— Powiestkę wam przyniosłem, macie się jawić na sądy jutro w południe.
— Do zjazdu o krowę?
— Tak tu i stoi, o krowę ze dworem!
— Rano trzeba wyjechać, bo do powiatu kawał drogi. Witek, idź zaraz do Pietrka i naszykujcie, co potrzeba, a ty pojedziesz na świadka. A Bartek uwiadomiony?
— Byłem dzisiaj w kancelarji i la wszystkich przywiozłem powiestki, kupą całą pojedziecie, ale dwór winowaty, to niech płaci.
— A bogać tam niewinien, tylachna krowa!
— Chodźcie na drugą stronę, mam z wami pogadać! — szepnął wójt.
Prześli i siedzieli tak długo, że tam im kolację Józka podała.
Wójt go namawiał już nie po raz pierwszy, by się do nich przyłączył, z dworem nie zrywał, przewłóczył sprawę, czekał, z Kłębem i drugimi razem nie szedł i tym podobnie. Stary dotychczas się wahał, kalkulował, nie odmawiał, ale na tę ni na drugą stronę się nie przechylał, bo był się mocno zagniewał, że go to wtedy dziedzic nie wezwał na naradę do młynarza.