Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A bo... bociek musiał się kajś przytaić i jeszcze mie kujnie... — jąkał się, wystraszonemi oczami wodząc po kątach.
— Oho, boćka gospodarz wydali dobrodziejowi, nic ci już nie zrobi! — mruknął Witek.
— A bo i nie wiem poco go było trzymać, jeno ludzi krzywdził!
— Siadaj, nie marudź! — nakazała mu Nastka, wskazując miejsce wpodle siebie.
— Hale, kogo to ukrzywdził, cheba jednych głupich, abo psów obcych! Chodził se jak ten dziedzic po stancji, myszy łowił, wszystkim ustępował, a wydali go! — szepnął z wyrzutem chłopak.
— Cicho, cicho, obłaskawisz se na wiosnę drugiego, kiej ci żal za boćkami!
— A nie obłaskawię, bo i ten będzie jeszcze mój, niech się jeno ciepło zrobi, to już umyśliłem taki sposób na niego, że nie wytrzyma na plebanji a przyleci!
Jasiek koniecznie chciał się dowiedzieć tego sposobu, ale Witek burknął:
— Głupi! kury se macaj, myśli, że co lepszego poradzi. Kto ma rozum, to se swój sposób wynajdzie, a nie będzie brał od drugich!
Skrzyczała go Nastka, biorąc w obronę Jaśka, boć wielce stała o niego; głupawy on juści był, wieś się z niego prześmiewała, niezgraba, ale jedynak na dziesięciu morgach, to dziewczyna tak sobie rachowała, że Szymek miał tylko pięć morgów i to niewiadomo, czy mu Dominikowa pozwoli się żenić, więc znarowiła