Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dnie mamrotała ze złości, bo się jej dziwnie matyjasiło w chałupie siedzieć, tyla bywało całej uciechy, że nie wzbraniał chodzić z kądzielą, ale do tych jeno chałup, gdzie się same starsze kobiety zbierały.
Więc też przeważnie siedzieli wieczorami w domu.
Jednego wieczora, jakoś już pod koniec lutego, zeszło się parę osób i siedzieli po drugiej stronie, bo tam tkała płótno Dominikowa przy lampce, a reszta z powodu tęgiego ziąbu kupiła się przed kominem. Jagusia z Nastką przędły, aż wrzeciona warczały, kolacja się dogotowywała, Józka kręciła się po izbie, a stary pykał z fajki w komin i coś sobie myślał głęboko, bo prawie się nie odzywał. — Przykrzyła się wszystkim ta cichość — bo ino ogień trzaskał, świerszcz skrzypiał z kąta, warsztat hukał od czasu do czasu, a nikt jakoś się nie odzywał, więc Nastka pierwsza zaczęła:
— Pójdziecie to jutro z kądzielą do Kłębów?
— Zapraszała Marysia dzisiaj.
— Rocho obiecali, że jutro tam z książki będą czytać historje o królach.
— Poszłabym, ale nie wiem jeszcze... — spojrzała pytająco na starego.
— To i ja pójdę, tatulu... — prosiła Józka.
Nie odpowiedział, bo pies mocno przyszczekiwał na ganku i zaraz wsunął się nieśmiało Jasiek, Przewrotnym nazywany z prześmiewiska.
— Zawieraj drzwi, gapo, bo tu nie obora! — wrzasnęła Dominikowa.
— Nie bój-że się, nie zjedzą cię, czegóż się rozglądasz? — pytała Jagna.