Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wielce, podpity niezgorzej, rozparł się przy stole i prawił:
„Naostatek opowiem jeszcze jedną historję, krótką, bo mi pilno tańcować a i dzieuchy krzywe, że do nich nie przychodzę! Wiecie, zmówiny dzisiaj Kłębianki ze Sochą Wickiem. Gdybym chciał, mojeby były z Małgośką, moje! Bo ano było tak, we czwartek zwalili się do starego Kłęba z wódką! Przyszli w jeden czas od Sochy i przyszli od Pryczka; jedni przepijają harakiem, drudzy zaś słodką, od jednych Kłąb pije i od drugich nie wylewa. Jeden jest dobry a i drugi niegorszy!
Swaty aż się pocą, tak prawią i zalecają swoich kawalerów:
Ten ma morgi galante przez skowronków nawożone, a drugi też takie, na których ino pieskowie wesela swoje odprawują.
Jeden ma chałupę, do której świnie pod przyciesiami włażą, a i drugi niegorszą.
Obaj sielne bogacze, że szukać daleko!
Socha ma cały kołnierz od kożucha, bo resztę pieski rozniesły. Pryczek zaś ma obertelek od świątecznych portek i guzik świecący kiej ze złota!
Jeden chłopak śmigły, kiej ta kopica, a i drugiemu brzucho wzdeno od ziemniaków!
Galante parobki!
Sosze ślina z gemby cieknie, a Pryczek ma ślepie kaprawe!
Równe we wszystkiem a takie robotne i zapamiętałe, że choćby pół ćwiartki ziemniaków na raz zjedzą i za drugą patrzą! Oba dobre na zięciów, oba kro-