Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ślachta, ścierwy, worek i płachta! — że to za szlachtę się uważali.
— Dziedzice, pół wsi jedną krowę doi! — dorzucił zjadliwie drugi.
— Kołtuniarze, przez koni się obywają, bo ich same wszy noszą.
— Żydoskie paroby!
— Dworskie pomietła, do psów się im godzić, kiej taki dobry wiatr czują!
— Poczuły też we dworze swoje i ciągną.
— Będą tu ludziom odbierać robotę.
— Wyczeszemy wam kołtuny, że bez łbów pouciekacie!
— Wycieruchy, obieżyświaty, brakło u Żydów palenia w piecach, to przyleciały! — dogadywali mocno, a jaki taki pięścią wygrażał i darł się do nich, a coraz więcej ludzi wrzało przeciwko, coraz zapalczywsze koło ich otaczało, że to już gorzałka ponosiła — ale oni się nie odzywali, siedzieli przy sobie kupą całą, kije ino ściskali między kolanami, popijali piwo, przegryzali kiełbasę, jaką mieli ze sobą, a hardo, nieustraszliwie poglądali na chłopów.
Byłoby może i przyszło z miejsca do bitki, ale Kłąb przyleciał, jął uspokajać, przekładać, a prosić, a za nim starsi i Jambroży, że Kobus zaprzestał pyskować, drugich też odciągnęli na poczęstunek do szynkwasu, potem muzyka sielnie zagrała, a Jambroż jął znowu cyganić niestworzone historje o wojnach, Napoleonie, Naczelniku, a później i insze ucieszne rzeczy, aż się niejedni pokładali ze śmiechu; a on rad