Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a insze na komornem siedzą i na wyrobki chodzą, abo do służby się godzą.
— I często po drzewo chodzą, co?
— A raz w tydzień dwór pozwala każdemu przychodzić z kulką, bo co se suszu obłamie a zbierze w płachtę i udźwignie, to jego, ino gospodarze mają prawo z wozem jeździć i z siekierą do lasu... Myśwa z Kubą jeździli cięgiem i nie raz jeden z dobrą duszą we wozie wracalim... bo Kuba umieli tak ściąć jakiego grabka i schować pod gałęzie, że ani borowy poznał — zawołał z dumą.
— Długo Kuba chorował, opowiedz wszystko.
Juści, że Witek prosić się nie dał i opowiedział, co ino wiedział. Pan Jacek przerywał mu pytaniami, przystawał aż z gorącości, rozkładał ręce, cosik w głos wołał, ale chłopak nie wymiarkował, o co mu szło i dlaczego się tak dziwował, bo po prawdzie nie baczył dobrze, strach go ździebko przejmował, że to już mroczało i cały cmentarz jakoby się w śmiertelne gzło przyodziewał i różnemi głosami gadał, więc biegł przodem i zestrachanemi oczami wypatrywał Kubowego krzyża; odnalazł go wreszcie, stał pod samym parkanem, wpodle tych rozwianych mogiłek pobitych na wojnie, przy których modlił się w Zaduszki.
— A dyć tutaj, na krzyzie stoi wypisane: Jakób Socha! — przesylabizował, wodząc palcem po białych, wielkich literach. — To Rocho wypisali, a krzyż sporządził Jambroży!
Pan Jacek dał mu dwie złotówki i kazał śpiesznie wracać do domu.