Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


całkiem ogrodzenie przywaliły i prawie po gałęzie drzew sięgały, musieli obchodzić drugą stroną pobok plebanji, naprzeciw której cała hurma chłopaków ganiała się z wrzaskiem i biła śniegiem, a że Łapa szczekał na nich, chycił go któryś za grzbiet i rzucił w puszystą, dymiącą jeszcze zaspę. Witek skoczył na ratunek, ale i jemu dostało się niezgorzej pecynami, że ledwie się wygramolił, coś niecoś oddał i poleciał chybcikiem, bo pan Jacek nie czekał.
Ledwie się przekopali na cmentarz, a i tam śniegu było na dobrego chłopa, tyla, że ino ramiona krzyżów czerniały się nad groblami i garbami śniegów; miejsce zaś było nieco otwarte, to wiatr jeszcze przeciągał czasami i kurzawa raz po raz przysłaniała wszystko mgławicą, że ino drzewa nagie targały się w niej i majaczyły pniami. Pola zaś naokół zasnute były bielmem, oślepłe zgoła i sine mrocznością, że nic nie rozeznał, ni drzew, ni kamionek, ni borów — jeno tuż za cmentarzem, na dróżce zasypanej ciągnęło kilkanaścioro ludzi, ciężko obrzemienionych i przygiętych do ziemi, kurzawa ich przysłaniała co trochę, że przepadali całkiem, ale gdy się przyciszyło, coraz bliżej czerwieniały wełniaki kobiet i widni byli pojedyńczo.
— Co to za ludzie, z jarmarku wracają?
— Hale, komorniki, po drzewo chodzili do lasu.
— I na plecach je noszą!
— A juści, koni nie mają, to muszą na plecach dygować.
— Dużo takich we wsi?
— Przeciech niemało. Ino gospodarze mają gronta,