Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Umilkł znowu, nalał sobie drugi raz herbaty, usiadł przed kominem i z dobre parę pacierzy nie rzekł ani słowa.
Ludzie się porozchodzili, bo wieczór nadchodził i zamieć się uciszała, że ino czasami zrywał się jeszcze ostry wicher, zakręcał, mącił i bił w chałupy, ale coraz rzadziej i słabiej się trzepotał, niby ten ptak wyzbyty z sił dalekim lotem.
Jagna też w końcu odstawiła kądziel i wzięła się do wieczorowych obrządków.
— Służył u was Jakób Socha? — zagadnął nieznajomy.
— Niby Kuba! Juści, że służył, ale się pomarło chudziakowi jeszcze na jesieni.
— Mówił mi ksiądz o tem. Mój Boże, szukałem go od lata po wszystkich wsiach okólnych i znalazłem po śmierci...
— Naszego Kuby szukaliśta? — zawołał Witek wzruszony.
— A to pan muszą być dziedzicowym bratem z Woli?
— Skądże mnie znacie?
— Powiedali nieraz ludzie, że dziedzicowy brat wrócił z dalekich krajów i szuka po wsiach jakiegoś Kuby, ale nikto nie miarkował którego.
— Sochy, dopiero dzisiaj się dowiedziałem, że służył u was i że umarł.
— Postrzelili go, krew go uszła i pomarł, pomarł! — wołał Witek przez łzy.
— Długo był u was?