Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


któren niby podkładał na ogień a głównie oglądał nieznajomego i mocno się dziwował, że ten cmoknął na Łapę.
— Ugryzie, pies zły! — szepnął mimowoli.
— Nie bój się, mnie psy nie gryzą — uśmiechnął się dziwnie i gładził tulący mu się do kolan psi łeb.
Przyszła wkrótce Józka, a za nią zaraz zajrzała Wawrzonowa, to któryś z sąsiadów, bo się już było rozniesło w sąsiedztwie, że jakiś obcy siedzi u Borynów.
A on wciąż się nagrzewał, nie bacząc na ludzi, ni ich szepty i uwagi, dopiero gdy się woda zagotowała, wydobył z jakiegoś papierka herbatę, zasypał, sam sobie wziął z półki biały garnuszek, nalał wrzątku i, przegryzając kawałkiem cukru, popijał i chodził po izbie, a przyglądał się obrazom, sprzętom, to stawał na środku i tak przenikliwie spoglądał w oczy, że ludziom miętko robiło się w dołku.
— Kto to lepił? — wskazał na światy, wiszące u sufitu.
— To ja! — pisknęła rozczerwieniona Józka.
Chodził znowu długo a Łapa krok w krok za nim.
— Kto tak wymalował? — zawołał zdumiony, przystając przed wycinkami, jakie były nalepione na ramach obrazów, a gdzie niegdzie i wprost na ścianie.
— Kiej to nie malowane, ino wystrzyżone z papierów!
— Nie może być! — wykrzyknął.
— Samam strzygła, to juści wiem!
— I samiście to wymyślili, co?
— Sama, adyć każde dziecko we wsi to potrafi.