Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mój poszli na wieś.
— Poczekam, pozwólcie, że posiedzę przed ogniem, przemarzłem.
— A siedźcie, przecie ławki ni ognia nie ubędzie.
Nieznajomy zdjął kożuch, ale snadź zimno mu było, bo wstrząsał się cały, zacierał ręce i coraz bliżej przysuwał się do ognia.
— Ciężka zima latoś — szepnął.
— Pewnie, że nie letka. A może mleka zgotować na rozgrzewkę.
— Dziękuję, gdybyście mieli herbatę!..
— Była ci, była, jeszcze jesienią, kiej mój chorzał na brzuchno, przywiezłam z miasta, ale wyszła, a nie wiem, u kogoby na wsi znalazł...
— A dobrodziej pono cięgiem arbatę piją — wtrącił Witek.
— Nie potrzeba, nie, herbatę mam ze sobą, zagotujcie mi tylko wody...
— Wrzątku niby!
Przystawiła garnczek z wodą do ognia i siadła zpowrotem do kądzieli, ale nie przędła, tyla co czasem furknęła wrzecionem dla niepoznaki i spozierała na niego pilnie, pełna głuchego niepokoju i ciekawości: co za jeden, czego chce, może z urzędu, po jakim spisie, bo cięgiem zaglądał do książeczki?.. Ubiór też miał prawie pański, szary z zielonem, jaki to noszą strzelcy dworscy! a to znowu kożuch chłopski i czapkę też! Cudak ci jakiś abo ten obieżyświat! A może i co drugie! Rozmyślała, porozumiewając się oczami z Witkiem,