Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Gospodyni!
— Czego?
— Wiecie, a to dziedzic w ogiery przyjechał! Cuganty kiej hamany, kare całkiem, w siatkach czerwonych, z piórami na łbach, a brzękadła na pasach, to łysnią się od złota kiej te obrazy w kościele! A jak szły, to niczem ten wiater!
— Nie dziwota, dworskie przecież, nie chłopskie!
— Jezus, jeszczem takich smoków nie widział!
— Jeszczeby, nic nie robią i na czystym owsie stoją!
— Pewnie że tak, ale żeby naszą źrebicę wypaść, ogon jej obciąć, grzywę zapleść i sprząc z wójtową siwką, toby tak samo rwały, co? gospodyni...
Pies się zerwał nagle, nastroszył i zaczął szczekać.
— Wyjrzyjno, ktosik jest w ganku.
Ale nim zdążył, jakiś obwalony śniegiem człowiek stanął w progu, pochwalił Boga, otrzepywał czapkę o buty i rozglądał się po izbie.
— Pozwólcie się ogrzać i wytchnąć nieco! — rzekł prosząco.
— Siadajcie, Witek, przyrzuć na ogień — zarządziła zmieszana.
Nieznajomy siadł przed kominem, ogrzał się nieco i zapalił fajkę.
— Borynowy to dom, Macieja Boryny? — zagadnął, odczytując z papierka.
— Juści, Borynowy — przytwierdziła ze strachem, bo się jej uwidziało, że to jakiś z urzędu.
— Ojciec w domu?