Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Idę, ino jeszcze drewek przyniesę, bo gospodyni kazała... — szeptał żałośnie i markotnie, że nie mógł opowiadać, co widział na wsi, zakręcił się po izbie, gwizdnął na Łapę, ale pies zwinął się w kłębek i ani chciał słuchać, więc sam poszedł, Boryna zaś, ubrany do wyjścia, łaził z kąta w kąt, poprawiał w kominie, zachodził do stodoły, to oknem wyglądał, to przed dom wychodził i coraz niecierpliwiej czekał, ale nikt po niego nie przychodził.
— Może zapomnieli... — zauważyła Jaguś.
— Jakże, o mnieby zapomnieli...
— Bo wy kowalowi wierzycie, a on cygan najpierwszy...
— Głupiaś, nie powiadaj, na czem się nie rozumiesz...
Zamilkła obrażona, próżno zagadywał łagodnemi słowy, aż wkońcu sam się zeźlił, nadział czapę i z trzaskiem poszedł.
Jaguś narządziła kądziel, przysiadła się pod okno i przędła, spoglądając od czasu do czasu w śnieżycę, srożącą się za oknem.
Wiatr huczał przeraźliwie, śnieżne tumany kłębami jak domy, abo jak te drzewa wielgachne, rozstrzępione, taczały się po świecie i raz po raz biły w chałupę, aż wszystko w izbie dygotało, szczękały miski poustawiane w szafce, i kolebały się u pułapu opłatkowe światy. Zimno przejmujące, wiejne tak ciągnęło od okien i drzwi, że Łapa wciąż szukał cieplejszego legowiska a Jagna przyokryła się w zapaskę.
Witek wsunął się cicho i rzekł nieśmiało: