Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A zawżdy, jak ino pamięcią sięgnę, to zawżdy służył u Borynów.
— Poczciwy był podobno? — pytał nieśmiało.
— I jak jeszcze, cała wieś może przyświadczyć, wszyscy, nawet dobrodziej płakali na pochowku i nic nie wzięli za nabożeństwo.
— A mnie pacierza uczył i strzylać uczył i kiej rodzony ojciec opiekę trzymał nade mną! i po dziesiątku czasem dawał i... — wybuchnął płaczem na przypomnienie.
— A pobożny był, cichy, pracowity parobek, że nieraz dobrodziej sam go chwalił...
— Na waszym cmentarzu pochowany?
— Zaśby indziej?
— Ja wiem gdzie, pokażę. Jambroży mu krzyż postawił a Rocho wypisał na deseczce wszystko, że, choć zawiane śniegiem, trafię i doprowadzę — zawołał Witek.
— A to zaraz pójdźmy, aby przed nocą zdążyć.
Nieznajomy odział się w kożuch i przez długą chwilę stał na środku izby, gdzieś przed się zapatrzony. Stary już był, przygarbiony nieco, siwy, suchy jak wiór; twarz miał poradloną i ziemistą, dziurę w prawym policzku — stary ślad od kuli, a czerwoną, długą krychę nad okiem, nos długi, krzaczastą, rzadką bródkę i ciemne oczy, głęboko wpadnięte i jarzące mocno; fajki z zębów nie popuszczał ani na chwilę i cięgiem ją zapalał. Poruszył się wreszcie i chciał jakieś pieniądze dać Jagusi, ale cofnęła ręce za siebie i poczerwieniała
— Weźcie, za darmo nic na świecie nie dają...