Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i podszedł do okna wyjrzeć, ale na świecie była taka kurzawa, tak kotłowało, że ni płotów, ni drzewin widać nie było.
— Widzi mi się, że śnieg już nie sypie — powiedział łagodniej.
— A nie, kręci ino, rwie, zamiata i tak kurzy, tak ciepie, że drogi nie rozezna — rzekła Jagna, rozgrzała ręce i wzięła się do motania nici z wrzecion na motowidło, stary zaś powrócił do roboty, ale coraz niecierpliwiej spoglądał w okno i nasłuchiwał.
— Gdzie to Józka? — spytał po chwili.
— Pewnikiem u Nastki, cięgiem tam przesiaduje.
— Lofer dzieucha, że tego pacierza w chałupie nie usiedzi.
— A bo jej się cni, powiada.
— Ale, zabawy se będzie szukała.
— Tak powiada, by ino się od roboty wykręcić.
— Nie możesz to przykazać?
— Juści, raz to mówiłam abo dwa, pysk na mnie wywarła jak na tego psa; jak wy jej nie przykrócicie, to ona ma gdzieś moje przykazy.
Ale stary puścił mimo uszów te skargi, bo coraz niecierpliwiej nasłuchiwał, cóż kiej żaden głos ludzki nie dochodził ze dworu, wichura ino wyła, przewalała się po świecie, biła niby barami w ściany, aż dom trzeszczał i pojękiwał.
— Pójdziecie to? — spytała cicho.
Nie odrzekł, bo dosłyszał otwieranie drzwi od sieni, jakoż w tej chwili wpadł zziajany Witek i krzyknął z progu: