Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wy, że to pewnie o nią, ale wnet przysiadła znowu na skrzyni i jęła przyciskać łypiące powieki do wiśniowych kwiatów a chłodzić...
Wszyscy w domu byli zdumieni, bo o niczem nie wiedzieli, po całej wsi mówiono o tem od początku, a do Borynów nie doszło.
— Trafił swój na swego, zbój na zbója, nie ukrzywdzą się zanadto! — mruknął stary, ale zły być musiał, bo się namarszczył i jął drewka rzucać do komina.
— O co się pobili? — spytała później Jagna.
— O ciebie! — warknęła ze złością stara.
— Juści, mówcie prawdę.
— Rzekłam! Mateusz się chwalił we młynie przed chłopami, że często bywał u ciebie w komorze, Antek to posłyszał i pobił go! Jak te psy o sukę, tak się o ciebie zagryzają.
— Nie powiedajcie do śmiechu, bo mnie słuchać nieletko.
— Rozpytaj się na wsi, kiej mnie nie wierzysz, każdy ci to samo przytwierdzi, przeciech nie prawię, że Mateusz prawdę gadał, a ino co mówił ludziom...
— Cygan paskudny, cygan!
— Ochroni cię to chto od pleciuchów! i za grobem często nie darują.
— Dobrze, że go pobił, dobrze, jeszcze bym sama dołożyła! — syknęła zawzięcie.
— Widzisz ją, jak to kurczęciu pazury jastrzębieją.
— Za nieprawdę, tobym zabiła zaraz! Cygan ścierwa!