Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Takie już jest i będzie urządzenie na świecie, zmienicie to?
— Baczę, że dawniej, przed wojną, jeszcze za pańskich czasów, był we wsi szpital dla biednych, w tym domu, gdzie teraz organista siedzi, dobrze baczę, iż z morga płacili.
Boryna się zniecierpliwił i nie chciał o tem mówić więcej.
— Gadanie nasze tyle zrobi, co umarłemu kadzenie — zakończył chmurnie.
— Pewnie, że nie pomoże, pewnie! Kto nie ma serca miłosiernego la ludzkiego skrzybotu, temu i płakania są zbędne! Komu jest dobrze, temu się widzi, że wszystko się dzieje na świecie, jak przynależy, jak Pan Bóg przykazał!
Ale już na to Boryna się nie odezwał, więc Jagustynka zwróciła się do Nastki.
— Jakże tam Mateuszowe boki, lepiej?
— Mateusz, cóż mu się to stało?..
— Nie wiecie?.. — zawołała Nastka. — A to przed świętami jeszcze, we wtorek, widzi mi się, wasz Antek go pobił; za orzydle wziął, wyniósł z młynicy i tak ciepnął o płot, że cztery żerdki pękły, wpadł do wody i ledwie się nie utopił. Choruje teraz, krwią pluje, ruchać się nie może. Jambroży powiadają, że mu się macica przewróciła i cztery żebra pękły! A tak jęczy cięgiem, tak stęka!
Rozpłakała się.
Jagna porwała się na pierwsze słowa, jakby ją kto żgnął w samo serce, bo zaraz jej przyszło do gło-