Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


była, to orali w nią kiej w te dwa woły, sama jedna robiła wszystko, a małe to gospodarstwo mają! samych krów pięć, a dziecisków tyle, świń, gadziny, pola tyle! A jak zachorowała, tą ją wygnały, ścierwy nie ludzie!
— A po cóż się zadawała z Frankiem! — wykrzyknęła Nastka.
— To samobyś zrobiła nawet z Jaśkiem, byś ino wierzyła, że na zapowiedzi poniesie!
Zaperzyła się o to Nastka i jęła przegadywać, ale wszedł Boryna, więc obie przycichły.
— Wiecie o Magdzie! Już żywie, domacali się w niej ducha, Jambroży powiada, że jeszcze z pacierz, a jużby pięty pokazała światu; Rocho trze ją jeszcze śniegiem i poi, ale pono lekować się będzie musiała długo.
— A gdzie się to podzieje biedota, gdzie?
— Chyba Kozły muszą ją wziąć do siebie, boć to ich krewniaczka!
— Kozły! Same tem ino żyją, co gdzie urwią, wycyganią albo i ukradną, to za co będą ją lekowali! Tyle gospodarzy we wsi, tyle bogaczy, a nikto z poratunkiem nie śpieszy!
— Juści, gospodarze to mają studnie nieprzebrane, samo im z nieba leci, że ino rozdawać na wsze strony! Każdy ma dosyć swojego, co mu do obcych! Jeszczeby, żebym każdego, komu potrza, z drogi zbierał, do dom zwoził, jeść dawał, lekował i może jeszcze dochtorów płacił! Stara jesteście, a w głowie wama przewiewa.
— Prawda, że musu nikt nie ma pomagać drugim, ale człowiek też nie bydle, żeby zdychał pode płotem.