Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zia, tobie jeszcze rzemień potrzebny, abo i co twardsze! — rzekła zaraz na wstępie.
— A la mnie zakwitła, samam w noc Jędrzejkową ucieła, samam...
— Młódka jeszcze jesteś, to pewnie la Nastki ślub wróży! — tłumaczyła Jaguś.
— W garnczek wsadzałyśmy razem, ale sama ucinałam, to la mnie zakwitła!... — wrzeszczała, i aż na płacz się jej zbierało, że nie przytwierdzają.
— Jeszcze ci czas ganiać za parobkami i wystawać na przełazach, starszym przódzi pora, starszym! — mówiła, nie patrząc na nikogo, a uśmiechała się ku Nastce — cicho no, Józia. Wiecie, a to w nocy Magda od organistów zległa w kruchcie!
— Cudeńka prawicie!
— Żeby to cudeńka, ale prawdziwą prawdę! Jambroży szedł dzwonić i nastąpił na nią...
— Mój Jezus! I nie przemarzła!
— Bogać ta nie, dziecko na śmierć zamarzło! a Magda ledwie zipie. Wzięli ją na plebanję i cucą jeszcze... a lepiej, żeby nie docucili... co jej za niewola żyć, co za dobro ją czeka: cierpienie ano i harowanie.
— Powiadał Mateusz, że jak ją organisty wypędziły, przychodziła cięgiem do młynarza i tam przesiadywała, ale potem Franek ją sprał i wygonił, pono z młynarzowego przykazu.
— Cóż to miał z nią zrobić, w ramki oprawić i na ścianie powiesić!? Chłop on jest jak i drugie, przysięgał jak sięgał, a dostał, zaprzestał! Juści, bez winy on nie jest, ale najwięcej winowate organisty! Póki zdrowa