Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Daj głupiemu wolę, to jak ten cielak w cały świat się poniesie, choć mu ino do cycka iść potrza! — rzekła cicho, nie przeciwiąc mu się w niczem, choć wygadywał na matkę i wygrażał się srodze, nawet mało wiele słyszała, bo ano wracać było potrzeba do domu, wracać, a jej tak było żal wychodzić stąd, że prawie z płaczem się podniosła i wolno a ciężko poszła.
A w domu gwarniej jeszcze było i weselej, niźli przódzi. Nastka Gołębianka przyleciała i gziły się z Józką, aż na drodze było słychać.
— Wiecie, a to moja rózga zakwitła! — krzyknęła do chodzącej Jagny.
— Jaka rózga?
— A tom ją ucięła w Jędrzejki, zasadziłam w piasek, trzymałam na piecu i zakwitła! Zaglądałam wczoraj, nie było jeszcze ani jednego kwiatuszka, a przez noc całkiem zakwitnęła, patrzcie!
Przyniosła ostrożnie garnczek, wypełniony piaskiem, w którym tkwiła spora gałąź wiśniowa, obsypana delikatnym kwiatem.
— Trześnia, kwiatuszki różowe i pachnące! — szepnął Witek poważnie.
— A prawda, trześnia!
Obstąpili dokoła i z dziwną radością a podziwem poglądali na okwieconą, woniejącą gałąź, na to weszła Jagustynka, ale dzisiaj była już po dawnemu, dufna w siebie, wrzaskliwa, harda i bacząca, aby ino dogryźć komu a dobrze.
— Zakwitła rózga, prawda, ale nie la ciebie Jó-