Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To samo wszystkim mówię, ino że nie wierzą i na zęby cię biorą.
— Jak im Antek przytnie ozory, to zmilkną!
— Hale, z całym światem zawiedzie wojnę o ciebie, co? — skrzywiła się złośliwie.
— A wy, jak ten Judasz, podpowiadacie swoje, a cieszycie się z cudzej biedy.
Jaguś srodze się rozeźliła, może pierwszy raz w życiu do tego stopnia, taka była zła na Mateusza, że gotowa była lecieć i drzeć go choćby temi pazurami! Nie zniesłaby tej złości, gdyby nie wspominki o Antku i o jego dobroci! Zalewała ją wielka czułość, niewypowiedziana wdzięczność gorzała w jej sercu, że ją obronił i okrzywdzić nie dał. Ale mimo to tak się ciskała po domu, tak o byle co krzyczała na Józkę i Witka, aż się stary zaniepokoił, przysiadł do niej, zaczął głaskać po twarzy i pytał:
— Co ci to, Jaguś, co?
— A cóżby, nic. Odsuńcie się, przy ludziach będą się umilali!
Odsunęła go szorstko.
— Hale, będzie ją głaskał i wpół jeszcze brał, dziadyga jakiś, niedojda! — myślała ze złością, bo pierwszy raz spostrzegła jego starość, pierwszy raz obudził się w niej wstręt do niego i głęboka niechęć, nienawiść prawie. Z przyczajoną a radosną wzgardą przyglądała mu się teraz, bo istotnie, w ostatnich czasach postarzał się mocno, powłóczył nogami, garbił się i ręce mu się trzęsły.
— Dziad ten, niezguła!