Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A dyć mówili... że jest robota u pana młynarza... może by pan Antka wziął do roboty... dopraszam się... — buchnęła płaczem, obłapiała go za nogi, całowała po rękach, a prosiła gorąco.
— Niech przyjdzie, prosił go nie będę, robota jest, ale ciężka, przy obróbce drzewa pod piły...
— Dyć poradzi, sposobny do wszystkiego, jak mało któren we wsi...
— Wiem, dlatego mówię, żeby przyszedł do roboty, ale swoją drogą źle wy swojego pilnujecie — źle.
Stanęła wystraszona, nic nie rozumiejąc.
— Chłop ma dzieci i żonę, a za drugiemi się ugania.
Zbladła i poczęła się trząść w sobie.
— Prawdę mówię, wałęsa się po wsi nocami, widzieli go ludzie nie raz jeden...
Odetchnęła z ulgą ogromną, wiedziała przecież o tem i dobrze rozumiała, że go tak pamięć krzywdy rzuca po nocach i spać nie daje... a ludzie zaraz to sobie farbują na swoje.
— Mógł się już wziąć do roboty, zarazby mu wywietrzały z głowy kochania.
— Gospodarski syn to...
— Dziedzic jucha, w robocie będzie przebierał, jak ta świnia w pełnym korycie. Kiedy taki przebierny, to trzeba było żyć w zgodzie z ojcem, a za Jagusią nie latać... boć to i grzech niemały i wstyd...
— Co też panu w głowie powstało, co? — zawołała prędko.