Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ino niewiada, kto zabroni, wójt trzyma ze dworem, sołtys też i wszyscy, co bogatsi.
— Prawda, kto ta bogaczów zmoże, kto ich przeprze... A zajrzyj, Nastuś, do nas.
— Idźcie z Bogiem, przylecę którego dnia z kądzielą.
Rozstały się przed młynarzowym domem. Nastka poszła do młyna, nadół nieco, a Hanka przez podwórze do kuchni; ledwie się tam dostała, bo pieski się zleciały i zaczęły doszczekiwać i przypierać ją do ściany, aż Jewka obroniła i powiedła, ale nim się rozgadały, weszła młynarzowa i zaraz prosto z mostu rzekła:
— Do męża macie interes? Jest we młynie.
Nie czekała, ino poszła, ale spotkała się z nim w pół drogi, poprowadził ją do pokoju, zaraz też zapłaciła mu, co była winna za kaszę i mąkę.
— Krowę zjadacie! — powiedział, zgarniając pieniądze do szuflady.
— Cóż poradzić, kamieni przecie nie ugryzie.
Zła była.
— Wałkoń jest wasz chłop, to wam powiem.
— Jest wałkoń abo i nie jest! Cóż to będzie robił, gdzie, u kogo?
— Niema to młocki we wsi?
— Parobkiem ni wyrobnikiem nie był, to i nie dziwota, że się do tego nie rwie.
— Przyzwyczai się jeszcze, przyzwyczai! Szkoda mi chłopa, choć wilkiem patrzy i nieustępliwy, rodzonego nie uszanował, ale szkoda człowieka...