Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— We młynie teraz robi, na młynarczyka praktykuje?
— Gdzieby tam zaś na młynarczyka się sposobił. Na tartaku, co go to postawili przy młynie, a pilno mają, że już i wieczorami robią.
Szły obok siebie, Hanka mało które słowo rzekła, a ino Nastka trzepała wciąż, ale się strzegła, by o Borynie nic nie powiedzieć, juści, że o to Hanka nie spytała, nijako było, choć radaby posłuchała.
— Dobrze młynarz płaci?
— Po pięć złotych i groszy piętnaście bierze Mateusz...
— Aż tyla! Pięć złotych i...
— Przecież jego to głową wszystko idzie, to i nie dziwota.
Hanka milczała, ale przechodząc wprost kuźni, z której przez wybite szyby buchały czerwone światła i krwawiły śniegi, szepnęła:
— Ten judasz zawsze ma co robić.
— Czeladnika se przybrał, a sam cięgiem jeździ, pono z Żydami spółkę trzyma w lesie i razem ludzi oszukują.
— Tną to już poręby?
— W lesie to siedzicie, czy co, że wam niewiadomo?
— Nie w lesie, ale za nowinami nie biegam po wsi.
— Ato żebyście wiedzieli, rąbią, ale na przykupnem.
— Juści, naszego przecież nie pozwolą tknąć...