Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mówię wam, jak jest, cała wieś o tym wie, spytajcie się — zawołał głośno i prędko, że to popędliwy był wielce i zawsze rad prawdę rznął prosto z mostu.
— Czy to ma przyjść? — zapytała cicho.
— Niech przyjdzie, choćby jutro. Co to wam, czego beczycie?..
— Nie, nie, to ino z mrozu...
Wolno powracała, ciężko, jakby ją przygniatało do ziemi, że ledwo nogi podnosiła. Ściemniał świat i śniegi tak poszarzały, że jakoś trafić nie mogła na ścieżkę, próżno przecierała oczy z łez marznących u rzęs, próżno, nie odszukała, nie widziała nic i szła już w tej ciemnicy nagłej a bolącej, Jezus jak bolącej.
— Za Jagusią lata, za Jagusią...
Tchu nie mogła złapać, a serce się jej tłukło jako ten ptak przetrącony, a w głowie kołowało, kołowało, aż wsparła się o jakieś drzewo nad stawem i cisnęła się doń mocno, do bólu.
— Może i nieprawda, może ino cyganił...
Uczepiła się tego ze strachem i oburącz trzymała.
— Mój Jezus, niedość biedy, niedość poniewierki, a tu jeszcze i to się zwala na moją biedną głowę, i to — jęknęła rzewnie i, aby stłumić ból, zaczęła biec prędko, aż do utraty tchu i przytomności, jakby ją wilki goniły, wpadła do izby zadyszana, ledwie żywa.
Antka jeszcze nie było.
Dzieci siedziały przed kominem na dziadkowym kożuchu, a stary strugał im wiatrak i zabawiał.