Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przyciśnięte deską, a dwie dziewczyny składały je w paczki, okręcając papierowemi paskami, zaś w głębi już niedojrzanej brzęczał monotonnie głos klawikordu — muzyka snuła się jak pajęczyna, raz wyżej brała, górniej kieby w śpiewie, to znowu cichła, że ino to brzękliwe przebieranie było słychać, abo zasię cosik się rwało nagle i piskało przenikliwie, aż dreszcz Hankę przenikał, a organista wykrzykiwał:
— Te, trąba, zjadłeś fis, jak skwarek! — powtórz od Laudamus pueri...
— Na Gody to już? — spytała, że to nieobyczajnie było siedzieć jako ten mruk.
— Tak, parafja wielka, porozrzucana, a wszystkim przecież trzeba opłatki roznieść przed świętami, to i wczas zaczynać muszę.
— Z pszenicy to?
— Spróbujcie.
Podał jej jeszcze gorący opłatek.
— Zaśbym tam śmiała jeść!
Wzięła go przez zapaskę i przeglądała pod światło ze czcią i trwogą jakąś.
— Jak to na nim wyciśnięte historie różne, Jezus!
— Na prawo w pierwszem kółku, to Matka Boska, św. Jan, Pan Jezus, a w drugiem kółku... widzicie...żłób, drabinę, bydlątka... dzieciątko Jezus na sianie, św. Józef, Matka Boska, a tu klęczą trzej królowie... — objaśniała organiścina.
— Rychtyk prawda, jak to zmyślnie wszystko udane, prawda!
Obwinęła w chustkę opłatek i schowała za pa-